Wersja
WCAG
Przejdź do
mapy strony
Przejdź do menu Przejdź do treści strony

Wyrzeźbił ptasi raj. Historia Mariana Murka z Górska

Są miejsca, które pamięta się przez całe życie. Czas zaciera szczegóły, rozmywa obrazy, ale pozostawia emocje. Takim miejscem była dla mnie Galeria Ptaków w Górsku.

Po raz pierwszy trafiłam tam jako dziecko. Była to jedna ze szkolnych wycieczek, których w tamtych latach nie brakowało. Pamiętam ciepły dzień, drewniane ptaki i niezwykłe odgłosy natury. Po latach postanowiłam wrócić. Chciałam zobaczyć, czy miejsce, które zachwyciło dziecko, zrobi równie duże wrażenie na dorosłej już osobie.

Los sprawił, że dzień mojej wizyty był zupełnym przeciwieństwem tamtego wspomnienia. Po serii upalnych dni nad regionem przyszło gwałtowne załamanie pogody. Do Górska dojechałam w strugach deszczu, przy akompaniamencie szumu wycieraczek i stukotu kropli o dach samochodu.

Przy bramie przywitał mnie Patryk Murek, syn gospodarza. Zaprosił do wnętrza jednego z budynków Zagrody u Rzeźbiarza. W środku panowało przyjemne ciepło. W piecyku palił się ogień, a w tle trwały przygotowania do wypieku chleba. W powietrzu mieszał się zapach drewna, mąki i dymu.

Rozglądałam się wokół z zachwytem. Stary kredens, dawne radia, zegary, wagi, obrazy, poroża i przedmioty codziennego użytku sprzed wielu lat tworzyły niepowtarzalny klimat. Było to miejsce, które opowiadało własną historię jeszcze zanim ktokolwiek wypowiedział pierwsze słowo.

Po chwili do pomieszczenia dołączył Marian Murek.

Usiadł naprzeciwko mnie. Skromny, spokojny, z charakterystycznym błyskiem w oku. Trudno było uwierzyć, że przede mną siedzi człowiek, którego dzieła od dziesięcioleci podziwiają tysiące odwiedzających Górsko. Jeszcze trudniej było uwierzyć, że sam konsekwentnie odrzuca określenie „artysta”.

– Ja nie lubię tego słowa. Jaki ze mnie artysta? Ja po prostu umiem rzeźbić. Tak samo jak ktoś inny umie robić coś innego – mówi z uśmiechem.

Im dłużej trwała nasza rozmowa, tym bardziej przekonywałam się, że właśnie ta skromność jest jedną z najbardziej charakterystycznych cech Mariana Murka.

Pytam o początki.

O to, kiedy pojawiła się pasja, która z czasem stała się sposobem na życie.

– Pasja była od dzieciństwa. Zawsze lubiłem strugać i obserwować przyrodę. Jak się pasło krowy na łące, to człowiek widział przyrodę. A ptaki zawsze mi się podobały. I przez te ptaki tak to wszystko poszło – wspomina.

Pierwsze próby nie były jednak związane z ptakami.

– To były jakieś głowy, maski, robione z miękkiego drewna i kory. Ptaki może nie były pierwsze.

Już w szkole wyróżniał się talentem plastycznym. Zauważył go nauczyciel ze Starkowa, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi.

– On mnie wyłowił. Kazał przychodzić po lekcjach. Malował obrazy i chciał, żebym z nim pracował. Ale gospodarstwo było duże. Pracy nie brakowało. Nie dało się tego pogodzić.

Choć profesorowie i nauczyciele widzieli w nim przyszłego artystę, życie napisało inny scenariusz.

Było gospodarstwo.

Były obowiązki.

Była codzienna praca.

A sztuka musiała znaleźć dla siebie miejsce pomiędzy nimi.

– Poza szkołą bardzo dużo rysowałem. W domu, gdzie tylko mogłem. Ciągle próbowałem.

Dlaczego właśnie drewno?

Na to pytanie Marian Murek odpowiada niemal natychmiast.

– Bo drewna było dużo. Farby kosztowały, a drewna nie brakowało. Nóż zawsze jakiś był.

Początkowo malował więcej niż rzeźbił.

Z czasem jednak drewno całkowicie go pochłonęło.

Dziś niemal wszystkie jego prace powstają z lipy.

– Lipa jest wdzięczna. Miękka, plastyczna. Czy świeża, czy sucha, dobrze się w niej rzeźbi.

Słuchając go, miałam wrażenie, że mówi o żywym materiale. Jak o partnerze, którego trzeba poznać, zrozumieć i szanować.

To pytanie fascynowało mnie szczególnie.

Jak wygląda proces tworzenia?

Czy najpierw powstają szkice?

Czy wszystko jest dokładnie zaplanowane?

Odpowiedź zaskakuje.

– Jak ktoś opowiada mi, co chciałby mieć wyrzeźbione, to ten obraz już tworzy mi się w głowie. Jak skończy mówić, to mniej więcej wiem, jak to zrobię.

Potem przychodzi etap myślenia.

– To jest moja nocna męczarnia. Człowiek leży i myśli. Jak to zrobić, jak to rozwiązać. Nie daje mi to spokoju. Muszę szybko zacząć pracę, bo wtedy wszystko się uspokaja.

Szkice?

– Mam to przede wszystkim w głowie. Pewnie, że czasem coś trzeba naszkicować, ale głównie wszystko widzę wcześniej.

Po chwili dodaje słowa, które najlepiej pokazują jego podejście do sztuki.

– Jak ktoś tego nie czuje, to nie zrobi. Można chcieć, można się starać, ale jak tego nie widzisz i nie rozumiesz, to nie zrobisz.

Choć Marian Murek najczęściej mówi o swoich pracach z dużą skromnością, w jego życiorysie nie brakuje wydarzeń, które mogłyby stać się osobnym rozdziałem książki.

Jednym z nich jest historia siedmiometrowego konika morskiego.

W latach swojej największej aktywności artystycznej brał udział w licznych plenerach i konkursach rzeźbiarskich w całej Polsce. Zdobywał nagrody, reprezentował region i spotykał twórców z różnych krajów. Jednym z najważniejszych doświadczeń okazało się zaproszenie na niemiecką wyspę Borkum, położoną na Morzu Północnym.

– Z Polski zaproszono nas sześciu. Wcześniej mieliśmy przygotować szkice. Temat był związany z morzem i wyspą. No to narysowałem konika morskiego. Takiego zwykłego, jakiego każdy zna. Wysłałem szkic i przyszła odpowiedź, że zostałem zakwalifikowany.

Dopiero na miejscu okazało się, że niewielki rysunek ma zostać zamieniony w monumentalną rzeźbę.

– Przyjechaliśmy na wyspę, a tam się okazało, że ten mój konik morski ma mieć siedem metrów wysokości.

Do wykonania pracy przygotowano ogromne pnie topoli sprowadzone specjalnie z Bawarii.

Organizatorzy zapewnili artystom wszystko, czego potrzebowali. Był sprzęt, zaplecze techniczne i specjalnie przygotowane miejsce pracy. Pojawił się jednak pewien problem.

– Pani burmistrz powiedziała nam, że Borkum to „wyspa ciszy” i nie wolno używać pił motorowych. Dostaliśmy piły elektryczne. Tylko że te piły nie wytrzymywały przy takiej pracy.

Marian Murek przywiózł ze sobą własną piłę spalinową.

– Na drugi dzień te elektryczne zaczęły się palić. Przyjechała burmistrz i mówi: „Dobrze, używajcie tych motorowych, tylko nie w południe”.

Szybko okazało się, że odgłos pracującej piły stał się… atrakcją turystyczną.

– Jak tylko odezwała się piła, ludzie zaczynali schodzić z plaży i przychodzili patrzeć, co się dzieje. Plaże pustoszały, a wszyscy szli do nas. Później lokalna telewizja zaczęła o nas mówić i był taki tłok, że musieli ludzi odsuwać, żeby nic się nie stało.

Przez miesiąc powstawał siedmiometrowy konik morski.

Dzieło ukończono, ustawiono w przestrzeni publicznej i do dziś stanowi jeden z elementów krajobrazu wyspy.

Kiedy Marian Murek o tym opowiada, trudno nie dostrzec satysfakcji.

Nie chodzi jednak o rozgłos.

Bardziej o świadomość, że kawałek Górska znalazł się setki kilometrów od domu.

– Przyjechałem do domu i już robiłem następne rzeczy. Tak to jest. Rzeźba się kończy i zaczyna się następna.

Po sukcesie konika morskiego został ponownie zaproszony na Borkum.

Tym razem stworzył trzymetrowego kormorana z rybą w dziobie.

– I znowu było tak samo. Nasze rzeźby zostały na wyspie. A niektóre niemieckie prace trafiły do magazynów.

Słuchając tej historii, trudno nie pomyśleć o pewnym paradoksie.

W niewielkim Górsku mieszka człowiek, którego dzieła stoją nie tylko w polskich kościołach, galeriach i przestrzeni publicznej, ale także na jednej z najbardziej znanych wysp Morza Północnego.

A mimo to nadal najchętniej opowiada o ptakach znad przemęckich jezior.

Słuchając Mariana Murka, szybko zrozumiałam, że Galeria Ptaków nie jest przypadkową kolekcją rzeźb. To opowieść o miejscu, w którym żyje od urodzenia.

Bo trudno wyobrazić sobie taką galerię gdziekolwiek indziej.

Gmina Przemęt od lat kojarzona jest z jeziorami, lasami i wyjątkowym bogactwem przyrodniczym. Przemęcki Park Krajobrazowy należy do najcenniejszych obszarów przyrodniczych Wielkopolski. To kraina ponad dwudziestu jezior, rozległych lasów, torfowisk, bagien i wysp. To również jedno z najważniejszych siedlisk ptaków w regionie.

Marian Murek obserwował tę przyrodę przez całe życie.

– Mamy tutaj prawie dwieście gatunków ptaków. Nie wszystkie gniazdują, część tylko przelatuje. Ale to naprawdę ptasi raj. Cieszę się, że mieszkam w takim miejscu. Takich terenów nie powinno się niszczyć. Powinny zostać dla następnych pokoleń.

W jego głosie słychać troskę człowieka, który przez dziesięciolecia patrzył, jak zmienia się krajobraz wokół jezior.

– Pamiętam czasy, kiedy nie było tutaj kormoranów. Dzisiaj są ich ogromne ilości. Człowiek całe życie obserwuje te zmiany.

To właśnie przyroda Przemęckiego Parku Krajobrazowego stała się dla niego niewyczerpanym źródłem inspiracji.

Po rozmowie przechodzimy do budynku galerii.

Pamiętam to miejsce z dzieciństwa.

Ale dziś widzę je zupełnie inaczej.

Dziś dostrzegam szczegóły.

Godziny pracy ukryte w każdym piórze.

Dokładność odwzorowania.

Miłość do natury.

Galeria Ptaków Rzeźbionych powstała w 1995 roku. Na dwóch poziomach zgromadzono około 200 gatunków ptaków występujących w Przemęckim Parku Krajobrazowym. Wszystkie wykonane zostały w naturalnej wielkości i kolorystyce.

Ściany galerii pokrywają malowane pejzaże jezior i lasów.

W tle słychać śpiew ptaków i szum strumyka.

To miejsce nie jest zwykłą wystawą.

To doświadczenie.

– Ptaki stały kiedyś u nas na poddaszu. Przyjeżdżały wycieczki, harcerze, różni ludzie. Oglądali je tam. Ale kiedy padał deszcz, wszyscy wchodzili do domu. Trzeba było coś zrobić. Wtedy pojawił się pomysł, żeby starą stodołę przerobić na galerię.

Pytam, ile lat zajęło stworzenie obecnej kolekcji.

– To już ponad czterdzieści lat. Ale gdybym tylko dla siebie rzeźbił, to tej galerii by nie starczyło. Większość prac trafiała do ludzi. Tutaj zostawały pojedyncze egzemplarze.

Największą nagrodą pozostają dla niego reakcje odwiedzających.

– Miło słyszeć, że się podoba. Bo przecież robi się to po to, żeby ludziom sprawiało radość.

W jego słowach słychać ogromne przywiązanie do ziemi przemęckiej.

Do jezior.

Do bagien.

Do wysp.

Do krajobrazu, który przez całe życie go inspirował.

Patrząc na kolejne rzeźby zgromadzone w galerii, miałam świadomość, że nie oglądam jedynie ptaków wyrzeźbionych w drewnie.

Oglądałam historię miejsca.

Historię jezior.

Historię lasów.

Historię gminy Przemęt opowiedzianą dłutem.

Spacerując po galerii, co chwilę wracałam myślami do tamtej szkolnej wycieczki sprzed lat.

Pamiętałam zachwyt dziecka.

Dziś jednak odbierałam to miejsce zupełnie inaczej.

Jako dziecko patrzyłam na ptaki.

Dziś patrzyłam na człowieka, który je stworzył.

Na cierpliwość potrzebną do wyrzeźbienia każdego pióra.

Na lata pracy ukryte w najmniejszych detalach.

Na serce pozostawione w każdym eksponacie.

Co jakiś czas spoglądałam na Mariana Murka.

Patrzył na swoje dzieła spokojnie, bez cienia pychy.

Jakby nadal nie dowierzał, że dla wielu odwiedzających jest to miejsce wyjątkowe.

W jego oczach można było jednak dostrzec coś jeszcze.

Dumę.

Nie tę głośną i ostentacyjną.

Cichą.

Pokorną.

Taką, która pojawia się wtedy, gdy człowiek patrzy na efekt pracy całego życia.

Jeśli Galeria Ptaków jest wizytówką Mariana Murka, to „Pan Tadeusz” pozostaje jego największym marzeniem.

Przechodzimy do kolejnego budynku.

Potem następnego.

I jeszcze następnego.

Dopiero wtedy zaczynam rozumieć skalę przedsięwzięcia.

Przede mną rozciągają się monumentalne płaskorzeźby przedstawiające sceny z epopei Adama Mickiewicza.

Patrzę na twarze bohaterów.

Na konie.

Na stroje.

Na pojedyncze fałdy materiałów.

Na dłonie.

Na włosy.

Na najmniejsze szczegóły.

I po raz pierwszy podczas tej wizyty naprawdę brakuje mi słów.

Dotykam drewna.

Przesuwam dłonią po płaskorzeźbach.

Próbuję wyobrazić sobie godziny, dni, miesiące i lata potrzebne do wykonania każdego fragmentu.

Nie potrafię.

To zbyt ogromne.

Zerkam ukradkiem na Mariana Murka.

I właśnie wtedy dostrzegam emocje, których wcześniej nie widziałam.

W jego oczach pojawia się błysk.

To spojrzenie człowieka, który włożył w to dzieło ogromną część swojego życia.

Jest w nim duma.

Jest satysfakcja.

Ale mam wrażenie, że jest tam również odrobina żalu.

Żalu, że przedsięwzięcie nie zostało ukończone tak, jak sobie wymarzył.

Kiedy mówi o „Panu Tadeuszu”, jego głos staje się inny.

Bardziej osobisty.

Bardziej emocjonalny.

– Chciałem zrobić coś dużego. Coś dla ludzi. Coś, co zostanie po mnie i będzie służyło następnym pokoleniom.

Patrząc na kolejne sceny epopei, trudno oprzeć się refleksji, że nawet nieukończony „Pan Tadeusz” pozostaje jednym z najbardziej niezwykłych dzieł, jakie powstały na terenie gminy Przemęt.

To nie tylko rzeźba.

To zapis marzenia.

Marzenia człowieka, który chciał pozostawić po sobie coś trwałego.

Coś, co będzie opowiadało historię jeszcze długo po tym, gdy zabraknie jego samego.

To jeden z tych momentów, kiedy słowa okazują się niewystarczające.

– Pojechałem do Panoramy Racławickiej i pomyślałem, że przecież można zrobić coś podobnego, ale w drewnie.

Dlaczego właśnie „Pan Tadeusz”?

– Patriotyzm. Chciałem zrobić coś dużego. Coś dla ludzi. Coś, co zostanie po mnie i będzie służyło następnym pokoleniom.

Powstało 36 ogromnych płaskorzeźb oraz ponad 120 figur bohaterów epopei.

Całość zajmuje ponad 90 metrów długości.

Projekt nie został jednak ukończony.

– Gdyby ktoś wtedy pomógł, Pan Tadeusz byłby skończony. Jestem o tym przekonany. Ale trzeba było utrzymać rodzinę. Przyszły zamówienia do kościołów i musiałem wybierać.

Na chwilę milknie.

Po czym dodaje:

– Nie mówię, że już do tego nie wrócę. Ciągnie mnie. Bardzo mnie ciągnie.

Dziś Marian Murek nadal pracuje.

Tworzy ołtarze.

Drogi krzyżowe.

Rzeźby sakralne.

Realizuje zamówienia dla parafii z całej Polski.

– Bardzo spodobała mi się sztuka sakralna. To wdzięczny temat.

Przyznaje, że po tylu latach największą satysfakcję nadal daje mu jedno.

– Rzeźba. Nadal rzeźba. Ja po prostu muszę rzeźbić.

W pracy pomaga mu syn Patryk.

Jest również drugi syn, Eryk.

Jest wnuk.

Jest następne pokolenie.

– Patrzeniem się można bardzo dużo nauczyć. Tak było z moimi synami. Patrzyli i się nauczyli.

Kiedy pytam o radę dla młodych ludzi, którzy chcieliby spróbować swoich sił w rzeźbie, odpowiada z charakterystycznym uśmiechem:

– Niech wezmą kawałek drewna i zrobią z niego łańcuch. Taki, żeby każde ogniwo było osobno, ale wszystko zostało w jednym kawałku. Jak zrobią taki łańcuch, to będą mieli cierpliwość do rzeźby.

Gdy opuszczałam Górsko, deszcz nadal padał.

Jeszcze raz spojrzałam na budynki Zagrody u Rzeźbiarza. Na galerię pełną ptaków. Na monumentalnego „Pana Tadeusza”. Na miejsce, które od dziesięcioleci przyciąga ludzi z całej Polski i świata.

I pomyślałam, że Marian Murek pozostawił po sobie coś znacznie większego niż setki rzeźb.

Pozostawił dowód na to, że wielkie rzeczy mogą powstawać z dala od wielkich miast. W niewielkim Górsku. Wśród jezior i lasów Przemęckiego Parku Krajobrazowego.

Wystarczy talent.

Cierpliwość.

I serce wkładane każdego dnia w to, co się robi.

                                                                                                                                                                                                                                    Wywiad przeprowadziła Magdalena Gryziecka

Wyszukaj w serwisie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Post Type Selectors